Copyright 2018 - Custom text here

Zbigniew Kamiński

70 lat Szkoły Podstawowej im. Stefana Roweckiego „Grota” we Wrześciu

Część I – Czasy pionierskie

Leżą przede mną na biurku stare, pożółkłe kartki różnych dokumentów, zapisków. Mam przed sobą brulion dumnie nazwany Kroniką Szkoły Podstawowej we Wrześciu, w którym na dwóch, trzech stronach opisane są kolejne lata funkcjonowania jednej z wielu placówek oświatowych powstałych po 1945 roku na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Urodziłem się 20 lat po wojnie, a ze szkołą związałem swoje życie prawie 50 po jej uruchomieniu. Dzięki temu, że miałem możliwość poznać i rozmawiać ze świadkami i bohaterami tamtych czasów dla mnie te pożółkłe stronice są czymś więcej niż tylko starymi dokumentami.

Pierwsze miesiące i lata po wprowadzeniu na tereny Pomorza zachodniego polskiej administracji to czasy pod wieloma względami pionierskie. Trzeba przypomnieć, że tak jak w odległym o 12 kilometrów Słupsku, tak i we Wrześciu przez pierwsze miesiące stacjonowały wojska sowieckie - w budynku poniemieckiej szkoły. Przez długi jeszcze czas mieszkali tu także Niemcy, którzy nie zdecydowali się opuścić swoich domów. Według relacji nie wszyscy byli przekonani, że będą kiedykolwiek do tego zmuszeni. Wierzyli, że to tylko stan przejściowy. Trudno się im dziwić, byli tu od wieków.

Dla współczesnych pokoleń zupełnie oczywiste jest, że ziemie, na których żyjemy należą do Polski. Każdego roku przekonuję się o tym coraz bardziej zadając pytanie kolejnym rocznikom moich uczniów skąd pochodzą, skąd pochodzą ich rodzice. Oczywiście najczęstszą odpowiedzią (zgodną z prawdą) jest: z Wrześcia, Lubuczewa, Wiklina, Karżcina. Dopiero gdy dopytuję o dziadków, babcie, pradziadków, zaczynamy pokazywać na mapie rejony niemal całej przedwojennej Polski. Trzeba przyznać, że największą świadomość swojego pochodzenia mają niektórzy mieszkańcy Wiklina, którzy przybyli do tej miejscowości w ramach akcji „Wisła” . Wielu osiedleńców było jednak przeświadczonych, że wracają na stare, słowiańskie ziemie (o czym później).

O trudnościach pierwszych osadników można wnioskować choćby z problemów zaistniałych przy tworzeniu polskich nazw miejscowości i podległości administracyjnej. Pierwsze dokumenty wystawiane były nie na Wrzeście, a na Wrzeszcz, a do dzisiaj niektórzy starsi mieszkańcy jadą do Karczyna zamiast do Karżcina. Administracyjnie zaś do 1952 roku Wrzeście należało do gminy Lubuczewo. Po zmianie od tego roku aż do 1 stycznia 1973 roku władze lokalne pod administracyjną nazwą gromada miały siedzibę we Wrześciu. Po zlikwidowaniu gromad i przywróceniu gmin do dzisiaj jesteśmy częścią gminy wiejskiej Słupsk.

Jeszcze więcej zmian następowało w przynależności do administracji wyższego szczebla. Choć przez większość lat Wrzeście należało do powiatu słupskiego (z oczywistą przerwą, kiedy powiatów nie było) to z województwami już tak dobrze nie było. Najpierw przez pierwszy okres powojenny zostaliśmy przydzieleni do tzw. III okręgu administracyjnego - Pomorze Zachodnie. Od 25 września 1945 roku władze administracyjne tego okręgu mieściły się w Gdańsku. Już jednak od 28 czerwca 1946 roku sprawy wojewódzkie załatwiać musieliśmy w Szczecinie. Droga do wojewody skróciła się po kolejnej reformie administracyjnej, która nastąpiła 6 lipca 1950 roku. Najbliżej nam do siedziby województwa było od 1 czerwca 1975 roku do 31 grudnia 1998 roku ponieważ do Słupska mamy tylko 12 kilometrów. Dziś, podobnie jak na początku tej drogi, jeździmy do Gdańska. Ciekawe, czy to już koniec zmian?

Na tak zorganizowany (albo niezorganizowany) teren jesienią 1945 roku przybył do Słupska pan Stanisław Bednarski. Pewnie przez całą drogę z Końskich leżących w centralnej Polsce zastanawiał się czym mógłby się zająć. Przed wojną był zawodowym wojskowym. Prawie do września 1939 roku odpowiedzialny był za sprawy kulturalno-oświatowe, m.in. prowadził bibliotekę w Twierdzy Modlin. Dopiero w obliczu zbliżającej się wojny postarał się o przydział umożliwiający walkę. Podczas wojny po klęsce wrześniowej nie złożył broni. W strukturach Armii Krajowej jako ppor. Drzazga do końca walczył z okupantem hitlerowskim. No tak, ale przecież do tego przyznać się nie mógł. Dlatego zresztą jak wielu z tamtych terenów, jak wielu ze zniszczonej Warszawy akowców przenosił się ze świadomością, że o wojennych zasługach długo nikomu nie będzie mógł opowiedzieć, ani się do nich przyznać. Po wielu latach w 1992 roku dane mi było poznać historie pana Stanisława. Dziękuję losowi, że wtedy udało się odnaleźć jego adres i że mogliśmy się spotkać. Choć ten jedyny raz. O tym spotkaniu i jego owocach będzie czas jeszcze opowiedzieć. Pan Stanisław Bednarski mieszkał we Wrześciu do 20 września 1971 roku. Wtedy z żoną i dziećmi powrócił do rodzinnych Końskich. Dożył sędziwego wieku. Zmarł w wieku 102 lat w 2012 roku po latach doceniony za działalność podczas II wojny światowej oraz wielu lat pracy we Wrześciu.

Wróćmy jednak do rozterek pana Stanisława Bednarskiego związanych z tym, czym mógłby się zająć. Ważne, że mógł się na tych terenach czuć w miarę bezpiecznie. Jak po wielu latach się okazało Słupsk był miastem, do którego przybyła większość z dowództwa AK okręgu Końskie. Mógł więc liczyć na pomoc. Rozmyślając stwierdził, że biorąc pod uwagę swoje zajęcia przedwojenne, a także mając na uwadze to, iż jego żona Stefania od 1931 roku była nauczycielką, najbliżej mu do oświaty.

I tak jako 59 nauczyciel na miasto i powiat Słupsk dostał zadanie od ówczesnego Inspektora Oświaty w Słupsku uruchomienia polskiej szkoły w miejscowości Wrzeście. Pan Stanisław wspominał, iż miał „poczucie dumy, że po długich wiekach germańskiego panowania dane mi było przywracać polskość tym ziemiom. Wystrowski Bach, Slawe Zelkow, Slawe Bukow, Karcyn, Dominke, Lipcow, Zorchow, Kukow, Rogac, Malaszewski, Brzeski. Nazwy tych miejscowości o słowiańskim brzmieniu były dla mnie tak bliskie jak Kamienna Wola, Dziadek, Miedzierza, czy Końskie.”

Kiedy jako pierwszy polski nauczyciel przybył do Wrześcia jego oczom ukazał się żałosny widok. Budynki szkolne, pozostawione przez stacjonujące w nich wojska sowieckie, były w opłakanym stanie. Właściwie przez pierwszych kilkanaście lat starania kierownictwa szkoły, kolejnych nauczycieli zmierzały głównie do tego, żeby polepszać warunki nauki. Ta troska przebija praktycznie ze wszystkich kart pierwszej kroniki szkolnej. Tak wspominał czas uruchamiania szkoły (było to pomiędzy 14 a 19 grudnia) w swoich zapiskach: „Budynek szkolny, ławki, jakaś okaleczona szafa, ślady pomieszczeń gabinetu fizycznego i kilka zniszczonych map. To cały majątek jaki pozostał po szkole niemieckiej. Chcąc jak najszybciej uruchomić szkołę zająłem się skompletowaniem ławek, stołu i tablicy, a kiedy to już było gotowe pozostało jeszcze postarać się o szkło i zaszklić około 30 szyb…”.

Pierwsze zajęcia w szkole odbyły się 19 grudnia 1945 roku. Do szkoły zapisało się 14 uczniów. Oczywiście nie było podziału na klasy. Najpierw należało w tej gromadzie dzieci w różnym wieku rozpoznać te, które znają litery, umieją lepiej czy gorzej czytać i pisać. Myśląc o tym, że stali przed nauczycielem, który tym nauczycielem był tylko z nazwy, uczniowie, którzy potrzebowali praktycznie indywidualnego programu nauczaniam zastanawiam się nieraz jak poradziliby sobie współcześni pedagodzy nieraz po kilku fakultetach. Wierzę, że poradziliby sobie. Jest jeden warunek sukcesu. Najlepiej zabrzmi on znowu w słowach pana Bednarskiego: „tu na ziemi prastarego polskiego Pomorza jakoś uroczyściej i majestatyczniej brzmiała chóralnie odmawiana modlitwa: ”Duchu Święty, Który oświecasz serca i umysły nasze”… . uczuciem radości i smutku zarazem napełniła się dusza moja. Stanęły jak żywe przede mną minione lata szczęśliwego dzieciństwa, kiedy i ja byłem dzieckiem – kiedy modliłem się do Ducha Świętego o oświecenie serca i umysłu mego. (…) Polska zrządzeniem losów wraca na swoje piastowskie ziemie, a ja jestem jednym z tych, (…) którzy mogą nieść oświaty kaganiec.

Dumny byłem, że wiedziony nieomylnym instynktem tu się znalazłem. I ten zaszczyt, który mnie spotkał widziany tylko oczami duszy mojej był pierwszą i największą dla mnie nagrodą za pracę i ukierunkowaniem tej szkoły.”

Ten warunek to pasja i chęć oddania się pracy.

Wspomniałem już, że żona pana Stanisława, Stefania była od 1931 roku nauczycielką. Naturalne więc było, że kiedy w sierpniu 1946 roku przybyła za mężem, jako przygotowana do pełnienia funkcji przejęła z rąk męża kierowanie szkołą.

Podobnie jak on swoje najważniejsze zadania widziała w poprawianiu warunków panujących w budynku szkolnym. Z zapisanych kart dokumentów przebija troska zarówno o zdobycie podstawowych pomocy do nauki, jak i załatanie największych dziur w dachu. Pierwsze prace oprócz pana Stanisława wykonywali przysyłani do pracy Niemcy. Dopiero po wizycie panów inspektorów oświaty i samorządu pomoc była bardziej widoczna i znacząca. Dzięki temu rok szkolny mógł się zacząć w miarę znośnych warunkach. Szkoła miała więc już dwóch nauczycieli. 64 zapisanych uczniów uczyło się w dwuklasówce z czterema oddziałami. W kolejnych latach liczba dzieci wzrastała po kilku latach przekraczając 100. Życie szkolne coraz bardziej przybierało ramy normalności. Odbywały się uroczystości szkolne, akademie z okazji świąt państwowych, utworzono koło PCK, wybrano Komitet Rodzicielski, którego długoletnią przewodniczącą była pani Kowalska. Nauczyciele wraz z dziećmi starli się pozyskiwać fundusze na zakup pomocy naukowych. W tym celu np. w 1946 roku dwukrotnie wystawiono jasełka.

Czytając zapiski w kronice szkolnej można odnaleźć również znaki zmieniającej się sytuacji politycznej. Do 1947 roku często pojawiają się informacje o świętach kościelnych, pierwszej komunii świętej dzieci czy wspólnych modlitwach. W kolejnym roku szkolnym pierwszą informacją jest informacja o uroczystości z okazji 30-tej rocznicy rewolucji październikowej w Rosji. Wprawdzie jest informacja o zorganizowaniu przez koło PCK zbiórki na paczki z okazji Świąt Bożego Narodzenia dla ubogich, ale już w lutym dowiadujemy się, że mija właśnie 5 lat od zwycięskiej bitwy pod Stalingradem. Była to okazja do zapoznania uczniów z postacią wielkiego Stalina. Niedługo później odbył się poranek w drugą rocznicę śmieci gen. Świerczewskiego , co było okazją do opowiedzenia o walce z banderowcami. Pomimo tej tematyki podczas uroczystości udawało się jednak przemycać śpiewanie Roty, czy informacje o święcie 3 maja.

Zakończenie roku szkolnego 1947/1948 nie dla wszystkich było przyjemne. Choć uroczystość zakończenia obfitowała w recytacje i śpiewy to nie wszyscy mogli cieszyć się promocją. Coraz częściej pojawiają się informacje o niespełnianiu obowiązku szkolnego, nieprzykładaniu się do nauki i braku współpracy rodziców ze szkołą.

Kolejne lata pracy w szkole upływały na staraniach, aby ciągle polepszać warunki pracy i nauki. Z uwagi na coraz większą liczbę uczniów oprócz dwóch sal w szkole na jej na potrzeby zaadaptowano dwa pomieszczenia na plebanii. Było to konieczne ponieważ co roku przybywał kolejny oddział i należało myśleć o urządzaniu sal specjalistycznych.

W latach pięćdziesiątych pan Bednarski podjął się organizacji harcerstwa. Ta praca przynosiła bardzo pozytywne efekty. Jednak oczkiem w głowie pana Stanisława stał się ogród doświadczalny, w którym uprawiane były różne nieznane rośliny. Ta praca była często doceniana i niejednokrotnie nagradzana na szczeblu powiatu.

Pierwsze lata pracy szkoły to ciągła walka o to, aby jak najlepiej sprostać pewnie niewielkim wtedy, ale pewnym standardom. Trudności bytowe były już omawiane. Jednak nie mniejsze były z samymi uczniami. Szczególnie w pierwszych latach powojennych dużym problemem był ich stan wiedzy i duże zróżnicowanie, bynajmniej nie ze względu na wiek. Uczniowie przyjeżdżali i wyjeżdżali ze względu na zmianę miejsca zamieszkania ich rodziców. Dużą niedogodnością było też to, że ponad setkę uczniów w siedmiu oddziałach uczyło tylko dwoje nauczycieli. Jednak i tu miała niedługo nastąpić zmiana. W roku szkolnym 1951/1952 pracę podjął trzeci nauczyciel - Stefan Kuśnierczyk. Rok później zaczęła pracę Aleksandra Pietrzak, która pod nazwiskiem Jakubczyk pracowała w naszej szkole aż do emerytury. W tym miejscu warto dodać, że powodem tak małej liczby uczących nauczycieli wcale nie był ich brak, ale ogólne przepisy i o wiele wyższe pensum nauczycielskie.

Jak bardzo zmieniło się życie i warunki bytowe uczniów na przestrzeni wielu lat można by wiele opowiadać. Dzisiejszych uczniów ciężko byłoby pewnie przekonać do nauki w tamtych czasach. Jedno z porównań nasunęło mi się, gdy czytałem informację o akcji dożywiania uczniów przeprowadzonej w 1950 roku: „W okresie wiosennym Zarząd Gminy w Lubuczewie asygnował na dożywianie dzieci 11 000 złotych. Dożywianie zorganizowane było w ten sposób, że przewodnicząca Komitetu Rodzicielskiego ob. Kowalska akcję tę poprowadziła. Kupowała chleb lub bułki – smarowała masłem lub szmalcem. Każde dziecko otrzymywało przeznaczoną porcję. Dożywianie trwało przez dwa tygodnie.” Ciekawe, co myślą teraz (jeśli to czytają) uczniowie gminy Słupsk, na terenie której wszyscy mają prawo do bezpłatnych obiadów i to przez cały rok. Opowieść o poszanowaniu jedzenia w tym kontekście mogłaby zająć tu sporo miejsca. Tak na marginesie ciekawe, co na tak zorganizowane dożywianie powiedziałyby dzisiejsze służby sanitarne.

W tym samym 1950 roku miały miejsce jaszcze co najmniej dwa przyjemne wydarzenia. Pierwsze to zakup piłki. Mogło się to odbyć dzięki loterii fantowej urządzonej przez Koło Przyjaciół Żołnierza. Po przeliczeniu pieniędzy dwóch członków koła specjalnie pojechało do Słupska i „kupiło piłkę do gry”.

Drugie ważne i bardzo przyjemne wydarzenie mogło mieć miejsce dzięki dochodom z zabawy tanecznej zorganizowanej przez Komitet Rodzicielski. Za 10000 zł zorganizowano wycieczkę do Ustki. Wzięło w niej udział 68 dzieci. „Zawiezione były traktorem i powróciły też”. Zastanawiam się, czy dzieci zdawały sobie wtedy sprawę w jak niebezpiecznych warunkach były wiezione. Myślę jednak, że podobnie jak dla mnie (gdy wożono mnie „bonanzą” na wykopki) fajniejszego transportu nigdy nie widziałem. No, może tylko w Bornem Sulinowie miejscowy oprowadzacz dysponuje lepszym. Polecam.

Bardzo żałuję, że nie zachowały się (albo nie istniały) dzienniki lekcyjne oraz arkusze ocen w pierwszych lat istnienia szkoły. Brak też protokolarzy obrad Rad Pedagogicznych. Niemożliwe jest z tego powodu odtworzenie imion i nazwisk pierwszych uczniów naszej szkoły. O pełnych danych można mówić od roku 1950, kiedy założono pierwszą księgę uczniów. Myślę jednak, że wśród tych pierwszych odnajdą się urodzeni jeszcze w latach trzydziestych Helena Błędowska, Kazimiera Misztal, Anna Januszewska, Genowefa Ciesielska, Katarzyna Litwin, Zofia Staruch, Julia Łukaczyk, Ryszard Wolak, Wacław Kozłowski, Józef Duraj, Ryszard Nadolny, Zofia Terefenko. Niewiele młodsi byli urodzeni na początku lat czterdziestych Roman Setnik, Jan Szewczyk, Jerzy Kędziora, Jan Łukaczyk, Leokadia Damaszka, Halina Pieczykolan, Stefania Paduch, Bronislawa Kaufman, Danuta Jakubiec, Halina Adamska, Krystyna Smagieł, Emilia Wnuk, Stefan Miłek, Antoni Lepper, Wanda Trapówka.

Początek lat pięćdziesiątych w szkole, jak można się domyślać, to coraz więcej informacji związanych z ówczesną sytuacją polityczną. Nadal więc obchodzono w szkole rocznicę rewolucji oraz urządzano poranek o „życiu i działaniu genialnego człowieka Włodzimierza Lenina”. W tym samych roku odnajdujemy też informację o uczczeniu powstania „Republiki Niemiec”. Ciekawe, których.

W roku szkolnym 1950/51 nauczyciele przeżyli najmniej lubiany do dzisiaj czas. Dwukrotnie, najpierw 12 września, a następnie 12 października szkołę odwiedzili inspektorzy szkolni i przeprowadzili zajęcia. Nic nie wiemy o wynikach tych wizyt, ale chyba najgorzej nie było.   Spośród wielu uroczystości, które w tym roku się odbyły na szczególną uwagę zasługuje zorganizowany 3 czerwca Dzień Dziecka, na który zjechali uczniowie ze wszystkich szkół gminy Lubuczewo, a także dzieci ze świetlicy TPD ze Słupska. Wcześniej z okazji Święta 1-go Maja w miejscowej świetlicy nazywanej dumnie Domem Ludowym dzieci pokazały sztukę pt. „Będę Sołtysem”. Takie to były marzenia dzieci.

Kolejny rok szkolny rozpoczął znaczącymi zmianami w życiu szkoły. Po raz pierwszy w ławach szkolnych zasiedli siódmoklasiści. Oprócz tego, że w ten sposób szkoła uzyskała rangę pełnej szkoły podstawowej, to stała się szkołą gminną dla pobliskich szkół niżej zorganizowanych: w Wiklinie, Lubuczewie i Karżcinie. Znacząco wzrosła w ten sposób liczba uczniów. Z tego powodu odżył palący problem braku sal lekcyjnych. W związku ze zwiększeniem liczby oddziałów wydział oświaty zezwolił nareszcie na zatrudnienie trzeciego nauczyciela, którym został wspomniany już Stefan Kuśnierczyk.

O trudnej walce o polepszenie warunków nauczania prowadzonych przez całe dziesięciolecie, które zaowocowały oddaniem do użytku nowego budynku szkolnego napiszę w kolejnym odcinku monografii.

 

70 lat Szkoły we Wrześciu.

2. Jak zmieniała się szkoła.

W pierwszej części monografii starałem się opowiedzieć jak wyglądała praca w szkole na początku jej istnienia. Myślę, że była to specyfika pracy większości szkół podstawowych na terenach, które były zasiedlane przez Polaków. Inaczej pewnie było na terenach przedwojennej Polski, gdzie wiele dzieci uczyło się zarówno w przedwojennych, a także w szczątkowych, dopuszczonych przez okupanta podczas okupacji szkołach. Dochodziło do tego jeszcze oczywiście tajne nauczanie powszechne nie tylko w miastach, ale też w małych miejscowościach. Na terenach tej przedwojennej Polski nauczyciele mieli więc ułatwioną pracę. Często powracali oni do dawnych szkół ze swoimi, zarówno przedwojennymi, jak i „wojennymi” uczniami.

Wyobraźmy sobie nauczycieli takich jak pan Stanisław Bednarski, przed którym 19 grudnia stanęła czternastoosobowa grupka dzieciaków. Uczniowie mieli od kilku do kilkunastu lat. Pochodzili z różnych rejonów przedwojennej Polski. Ich wiedza i umiejętności nie zawsze zależały od wieku. Nie było oczywiście mowy o jakimkolwiek programie nauczania, podręcznikach dostosowanych do poziomu uczniów.

Pierwsze próby dzielenia uczniów na oddziały i klasy, nie były łatwe i naturalne. Niestety, nie wszystkie dzieci w równym, oczekiwanym przez nauczycieli stopniu przykładały się do nauki. Skutkiem tego była coraz większa z roku na rok drugoroczność. I nie była to oczywiście tylko specyfika szkoły we Wrześciu. Ponieważ problem ten został zauważony przez władze oświatowe, w roku 1952 wprowadzono do szkół obowiązkowy egzamin po klasie siódmej.

Warto może w tym miejscu przypomnieć, że w całym 70-leciu powojennego szkolnictwa przeżywało ono częste zmiany organizacyjne. Pierwsza koncepcja organizacji oświaty po wojnie powstawała już od wiosny 1945 roku. Ogólnopolski Zjazd Oświatowy, który obradował w dniach od 18 do 22 czerwca w Łodzi postanowił m.in., że powstanie 11-letnia szkoła podzielona na trzy cykle programowe: kurs propedeutyczny (klasy 1-5), średni niższy – gimnazjalny (klasy 6-8) i systematyczny licealny (klasy 9-11). Obowiązek szkolny miał obejmować naukę pierwszego i drugiego cyklu pobieraną od 7 do 15 roku życia. Ponieważ od samego początku wprowadzony ustrój szkolny podlegał krytyce, powstawały różne koncepcje jego zmiany. Skutkiem tego już 1 marca 1948 r. wprowadzono jedenastoletnią szkołę ogólnokształcącą (7 lat szkoły podstawowej + 4 lata liceum ogólnokształcącego). W 1949 roku postanowiono, że wszystkie obwody szkolne liczące ponad 80 dzieci, miały w szkołach 4 nauczycieli i realizowały 7 klas. To ostatnie jak najbardziej dotyczyć miało opisywanej szkoły we Wrześciu.

W roku 1961, 15 lipca Sejm uchwalił ustawę „o rozwoju systemu oświaty i wychowania”. Głównym założeniem ustawy było wprowadzenie ośmioletniej szkoły podstawowej. W latach 70-tych zaniechano wprowadzenia kolejnej reformy polegającej na tworzeniu szkół dziesięcioletnich. Ostatnią reformą, która znacząco wpłynęła na pracę szkoły była ta z 1998 roku. W jej wyniku staliśmy się szkołą sześcioklasową.

W roku 2010 w budynku szkolnym pojawiły się dzieci trzy, cztero i pięcioletnie w wyniku utworzenia punktu przedszkolnego. Integracja wszystkich dzieci i uczniów pokazała, że obie placówki mogą bez przeszkód funkcjonować w jednym budynku.

Od samego początku ogromnie dużo troski kierownictwo szkoły przykładać musiało do poprawienia warunków pracy. Wraz z rozrastaniem się organizacyjnym placówki należało myśleć o nowych dla niej pomieszczeniach. O dramatycznych nieraz próbach poprawy istniejących warunków opowiadają zapiski z kroniki szkolnej. Pani Stefania Bednarska starała się zapoznać z problemami władze oświatowe poprzez m.in. wpisy w różnych dokumentach szkolnych. W jednym z nich, z 1954 roku czytamy: ”… jest to dom stary - wymaga stałego remontu. W czasie deszczów ulewnych woda leci oknami do sal, zacieka nad oknami pod sufitem. Nie ma pomieszczenia na szkołę zbiorczą – sala, którą szkoła ma w budynku byłej plebanii też warunkom szkolnym nie odpowiada. Należałoby pomyśleć o budowie nowego gmachu szkolnego”. Dwa lata później w innym dokumencie odnajdujemy inny odręczny dopisek, który do poprzednich uwag dodaje: ” … są to sale zimne bo znajdują się nad piwnicami … . Brak pomocy do fizyki, do j. polskiego i do zajęć praktycznych.”.

Te i inne liczne inne apele, zgłaszane zapewne też ustnie, miały swój odzew. W listopadzie 1956 roku Gromadzka Rada Narodowa przyjęła Uchwałę o treści: „Gromadzka Rada Narodowa w Wrześciu, na swym posiedzeniu w dniu 28 listopada 56 r. działając kolegialnie i w myśl obowiązujących przepisów postanawia zatwierdzić wniosek komisji oświaty i zobowiązać Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej w Wrześciu by wystąpiło z wnioskiem, motywując: istnieje konieczna potrzeba budowania nowej szkoły, bo w takich warunkach, jakie szkoła we Wrześciu ma obecnie, nie można realizować programu nauczania, gdyż brak jest pomieszczenia na gabinety jak: przyrodniczy, fizyczny, świetlicę, kancelarię oraz inne rzeczy niezbędne w toku nauczania. Niezależnie od tego budynek ten jest stary i ulega zniszczeniu. Zachodzi więc konieczność budowania nowej szkoły.” (pisownia oryginalna). Uchwała adresowana była do Powiatowej Rady Narodowej. O dziwo, po roku sny o nowej szkole zaczęły się realizować. W styczniu 1958 roku rozpoczęły się prace geodezyjne, w wyniku czego 23 stycznia Prezydium PRN zatwierdziło Uchwałę Prezydium GRN we Wrześciu odnośnie przekazania działki Nr 20 o powierzchni 1,03 ha pod budowę szkoły we Wrześciu. Właściwie wszystkie pozwolenia potrzebne do budowy zostały wydane w styczniu 1958 roku. Z zachowanych „założeń” i projektu budowy wynika, iż inwestycja miała się składać z budynku szkolnego o 4 izbach lekcyjnych, budynku gospodarczego, ustępu wolnostojącego, studni z pompą elektryczną. Szkoła miała zostać ogrodzona i wyposażona w meble i sprzęt. Zakończenie inwestycji przewidywano na 1 września 1960 roku. No tak, przewidywano. Oprócz wymiany pism niewiele jednak się działo. Szkoła ostatecznie w tym kształcie i miejscu nigdy nie powstała. Cóż, może i dobrze, jak pomyśli się o tym wychodku wolnostojącym. Chociaż w usteckiej „jedynce”, którą kończyłem mieliśmy taki do końca lat 70-tych i jakoś dawaliśmy radę. Ciekawe, czy strażnicy miejscy w Ustce wiedzą, co mieściło się kiedyś w ich siedzibie.

Idea budowy nowej szkoły musiała jednak jeszcze trochę poczekać. Doczekała się realizacji już za nowego kierownictwa. W roku 1960 kierownikiem szkoły został jej wieloletni później dyrektor pan Władysław Dymek. Dopiero jego działania podjęte w 1961 roku doprowadziły do tego, że budowa nowej szkoły została umieszczona w planie wojewódzkim. Czas ku inwestycjom w oświacie był wtedy bardzo dobry dzięki akcji „1000 szkół na tysiąclecie Państwa Polskiego”. I tak 1 września 1964 po raz pierwszy zabrzmiał dzwonek w nowym budynku szkoły we Wrześciu. Był to dla wszystkich wielki dzień. W nowej szkole były 4 izby lekcyjne, pracownia wychowania technicznego, świetlica, kuchnia, kancelaria, a także toalety i natryski. Budynek był podpiwniczony. W piwnicy znajdowała się m.in. kotłownia. W budynku oprócz szkoły podstawowej mieściła się również szkoła rolnicza. W tym czasie w szkole zatrudnionych było 4 nauczycieli. Dopiero w drugiej połowie lat 60-tych ich liczba zwiększyła się do dziesięciu. Wielu dawnych uczniów pamięta pewnie jeszcze pracujących w tamtych latach: Tadeusza Januszewskiego, Długomira Ławskiego, Danutę Sujkę, Izabelę Panasiewicz, Zofię Szczęśniak, Danutę Narkiewicz, Elżbietę Kowalczuk, Danutę i Leona Lipskich, Danutę Bielak, Elżbietę Trojanowicz, Liję Mołotownik, Paulinę Mierzejewską.

W latach 70-tych budynek szkoły pomimo zwiększającej się ciągle liczby uczniów i nauczycieli (zlikwidowano ostatecznie szkoły filialne w Wiklinie, Lubuczewie i Karżcinie) musiał wystarczyć. Coraz częściej wśród marzeń zarówno pana dyrektora Dymka, jak i nauczycieli pojawiał się temat braku sali gimnastycznej. Wtedy było to jednak nie do zrealizowania. Pamiętam, gdy rozpoczynałem pracę w Szkole Podstawowej w Jezierzycach w 1985 roku, na terenie gminy Słupsk była to jedyna szkoła posiadająca salę.

W tej sytuacji musiano więc cieszyć się nowym ogrodzeniem szkoły z 1976 roku czy nową elewacją wykonaną rok później. W 1981 roku generalnego remontu doczekał się budynek dawnej szkoły dzięki czemu mieszkania otrzymały trzy nauczycielki.

W połowie lat 80-tych modnym stało się powoływanie Społecznych Komitetów, których celem mogła być też budowa sal gimnastycznych. Na terenie naszej gminy powstały dwa takie komitety: we Wrześciu i Bierkowie. Oprócz samej inicjatywy społecznej bardzo ważną rolę odgrywało zaangażowanie dyrektorów szkół. Takiego zaangażowania nie można odmówić panu Władysławowi Dymkowi. W wywiadzie prasowym z 1984 roku na 20-cie oddania do użytku budynku nowej szkoły pan dyrektor wyjawił, iż jego największym marzeniem jest, aby szkoła miała salę gimnastyczną z prawdziwego zdarzenia. Mówił: „W okresie zimy i  wczesnej wiosny zajęcia z wychowania fizycznego odbywają się w hallu, wzdłuż którego rozmieszczone są klasy”. Na czele Społecznego Komitetu stanął   mgr inż. Stanisław Wiśnik. Jedną z najbardziej zaangażowanych osób był także ówczesny, wieloletni przewodniczący Komitetu Rodzicielskiego Jerzy Pieruń. Dzięki dużemu zaangażowaniu członków komitetu, a także wielu rodziców rozpoczęta w 1987 budowa zakończyła się oddaniem nowego obiektu jesienią 1990 roku. Oprócz sali gimnastycznej szkoła wzbogaciła się wtedy o nowy łącznik, gdzie urządzono salę lekcyjną i pokój nauczycielski, zaplecze sanitarne, pomieszczenia gospodarcze. Do sali dobudowano również nową kotłownię, która ogrzewać miała cały obiekt. W nowym budynku swoją siedzibę otrzymały również panie z koła gospodyń wiejskich, których członkinie pochodziły głównie z Wrześcia i Lubuczewa. Uroczystość otwarcia nowej sali poprzedzona została mszą polową poprowadzona przez długoletniego proboszcza parafii Wrzeście, ks. Jerzego Liera.

Od lat 90-tych praktycznie do chwili obecnej to czas, w którym niemal co roku szkoła we Wrześciu zmieniała się, rozbudowywała i piękniała. Wpływało na to wiele czynników. Myślę, że najważniejsze było to, iż już od 1995 roku organem prowadzącym szkołę stała się gmina Słupsk. Ponieważ dane mi jest kierować szkołą od 1992 roku mam prawo do porównań. Gmina Słupsk, a tym samym szkoły na jej terenie miały szczęście do gospodarzy, zarówno kolejnych wójtów, jak i rad gminy. Przez wszystkie lata jednym z priorytetów samorządu było stałe polepszanie warunków nauki i uczenia. Budowa nowych obiektów szkolnych, sal gimnastycznych, stała modernizacja i ich doposażenie ma swoje odbicie w corocznym budżecie gminy Słupsk. Prześledzić to można choćby na przykładzie opisywanej szkoły.

Wspominam rok 1992, gdy po wygranym konkursie od pierwszego września zacząłem pełnić funkcję dyrektora. Główny budynek szkoły był w opłakanym stanie. Odpadające płytki PCV, dziurawe drzwi, pozabijane na gwoździe okna to tylko niektóre najbardziej widoczne braki. Osobiście najbardziej rzucała mi się w oczy gryząca zielona farba, którą pomalowana była cała szkoła. Zresztą i ona miała już wiele lat. Tajemnicę tej zieleni wyjawił mi mój poprzednik. Otóż w budynku szkoły organizowane były kolonie letnie przez jedną ze śląskich kopalń. Przedstawiciele organizatorów chcąc jako tako przystosować warunki do potrzeb kolonistów zaproponowali odświeżenie ścian. Warunek był jeden – musi być to kolor zielony, bo tylko taką farbą dysponowali. Pan dyrektor oczywiście na to przystał. W tamtych czasach (kto je jeszcze chce pamiętać) była to okazja jakiej inni mogli pozazdrościć. Ówczesne kuratorium (organ prowadzący) nie był miejscem w którym rozmowa o potrzebach wiejskiej szkoły byłaby priorytetem. Znalezienie się w planie budżetowym ówczesnego GZEAS-u też nie dawało nadziei, że można liczyć na pomoc. Często okazywało się, że są ważniejsze i pilniejsze sprawy niż np. ściany we Wrześciu. O najpilniejszych potrzebach dowiedziałem się zresztą wczytując się w protokoły Sanepidu, Straży Pożarnej i innych służb kontrolujących warunki nauki.

Z rozrzewnieniem wspominam ten okres. Zaczęło się od 1000 zł. otrzymanych od ówczesnego wójta śp. Władysława Rajszczaka, które starczyły na podstawowy materiał. W przeciągu miesiąca udało mi się zmobilizować mieszkańców poszczególnych sołectw, którzy w soboty i niedziele dokonali cudu. Angażując nie tylko swój czas, ale też często własne środki i materiały odświeżyli praktycznie cała szkołę. Nie tylko pomalowali, ale także ponaprawiali drzwi, okna i podłogi. To wspólne zaangażowanie i radość z efektów owocowało jeszcze wiele lat. Co dla mnie ważne zmieniło to także początkowo nieufny stosunek części społeczeństwa, do nowego, przychodzącego z zewnątrz nowego dyrektora.

W pierwszych latach udało się jeszcze wymienić oświetlenie, wyremontować kuchnie (jak się okazało zamkniętą przez Sanepid) a także dzięki różnym „zabiegom” wyposażyć szkołę w nowe meble, a także pierwsze komputery.

Jak wspomniałem od 1996 roku sytuacja zmieniła się znacząco. Choć udział rodziców w różnych pracach na terenie szkoły był nadal znaczący i ważny, to samorząd gminy Słupsk podejmował coraz częściej decyzje o generalnych remontach placówki. Odbywało się to stopniowo. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wymienione zostało pokrycie dachowe, okna i wszystkie drzwi. Remontu doczekały się łazienki i przy okazji adaptacji na inne cele część pomieszczeń. Zaczęła się tez stopniowa wymiana podłóg.

W końcu lat 90-tych z inicjatywy działaczy UKS „Piast”, a szczególnie istniejącej od 1995 roku sekcji judo podjęto starania o budowę sali treningowej dla judoków. Władze gminy początkowo podchodziły do sprawy niezbyt przychylnie. Jednak bardzo duże zaangażowanie szczególnie Jerzego Sikory, Wiesława Okroja, Jacka Słupskiego (twórcy sekcji judo) i innych działaczy doprowadziły do oddania w 1999 roku pięknego obiektu, który do dzisiaj służy uczniom nie tylko na zajęcia sportowe, ale także imprezy szkolne i środowiskowe. Dziś mieści się tu też gabinet integracji sensorycznej.

Trudno byłoby wymieniać wszystkie prace wykonane po roku dwutysięcznym do dzisiaj. Objętość tego artykułu nie pozwala na wymienienie wszystkich prac, ich historii i anegdot z nimi związanymi. Zresztą, na ten konkretny temat powstała praca licencjacka pani Wioletty Klimkowskiej, absolwentki naszej szkoły. Warto jednak wymienić najważniejsze prace. Należą do nich:

  1. Przebudowa kotłowni szkolnej (ze starej węglowej powstała nowa – ekologiczna).
  2. Zagospodarowanie pomieszczeń starej kotłowni na potrzeby sportowców (szatnie, toalety, natryski, magazyny, pokój nauczycieli w-f).
  3. Budowa boiska sportowego i placów zabaw.
  4. Budowa dróg i parkingów i klombów wokół szkoły.
  5. Docieplenie budynku i położenie nowej elewacji.
  6. Wymiana podłóg i generalny remont sali gimnastycznej.
  7. Przebudowa kuchni szkolnej – dostosowanie do standardów.
  8. Przebudowa dawnego zaplecza sportowego na potrzeby m.in. biblioteki z czytelnią i logopedy.
  9. Przebudowa pomieszczeń na potrzeby punktu przedszkolnego.

Pani Klimkowska opisuje te prace na kilkudziesięciu stronach. Ja, niestety tyle miejsca nie mam. Do tych i wielu innych większych i mniejszych prac należy dodać stałe doposażenie szkoły w najnowocześniejszy sprzęt. O tym jednak przyjdzie czas opowiedzieć w innej części historii szkoły.

Na koniec trzeba zaznaczyć, że to nie koniec zmian. Obecnie ponownie teren naszej szkoły zmienił się w plac budowy. Do końca roku szkolnego powstaną nowe piękne obiekty. Oprócz świetlicy na potrzeby lokalnego środowiska cieszyć się będziemy z nowego gabinetu stomatologicznego i nowej kotłowni. Powstają nowe drogi place i parkingi. Nasi sportowcy będą mogli korzystać z nowego boiska wielofunkcyjnego i bieżni lekkoatletycznej. Taka duża inwestycja jest też okazją do kolejnych remontów i adaptacji. Cały obiekt uzyska nową elewację, a teren będzie na nowo ogrodzony. Efekt finalny pokażemy w ostatniej części monografii.

 

70 lat Szkoły we Wrześciu.

3. Działalność pozalekcyjna w latach 1945 - 1990

Myśląc o początkach nauczania we Wrześciu zastanawiam się, jak wyglądał sam proces zapisywania uczniów do szkoły. Właściwie skąd mieszkańcy mieli wiedzieć, że mogą to robić. Na ile wiedział jak to robić Stanisław Bednarski, który z nauczaniem i prowadzeniem szkoły miał niewiele wspólnego (być może przygotowała go trochę żona Stefania – przedwojenna nauczycielka). Może jak „uczycielka” z „Konopielki” musiał Pan Stanisław chodząc z domu do domu przekonywać, że wiedza jest potrzebna by zrozumieć świat i umieć się w nim odnaleźć.

Wiemy, że pierwszych uczniów było czternaścioro. Nie wiemy, czy to wszyscy mogący się uczyć. Ilu rodziców odmówiło zapisu do szkoły. Jak działalność szkoły w pierwszych miesiącach jej istnienia wpłynęła na dalsze zapisy. Bo, że uczniów stale przybywało to wiemy na pewno.

Możemy się domyślać, że od samego początku działania pierwszych nauczycieli nie polegały tylko na nauczaniu dzieci. Jak zresztą nauczać grupę uczniów, mających od kilku do kilkunastu lat, pochodzących z różnych części Polski, mających za sobą różne przygotowanie. Domyślam się, że tak jak dziś, dużym zmartwieniem ówczesnych nauczycieli było takie prowadzenie zajęć i samej placówki, aby uczniom chciało się do niej chodzić. Dzisiaj pewnie łatwiej jest egzekwować tzw. obowiązek szkolny. Nie zmienia to faktu, że staramy się, aby nasi uczniowie chodzili do szkoły z radością, a nie z przymusu. Mam podstawy sądzić, że zdecydowana większość naszych uczniów naszą szkołę po prostu lubi.

A co lubić miały dzieci w grudniu 1945 roku. Stare ławki, naukę bez książek i pomocy naukowych z nauczycielem, którego jeśli takim można go było nazwać, to tylko dlatego, że do swojego nowego zajęcia miał duże przekonanie.

Niech mi w tym momencie będzie można wspomnieć rok 1992, kiedy to na nasze zaproszenie przybył w grudniu do Wrześcia pan Stanisław Bednarski. Było to duże zaskoczenie dla wszystkich. Zaproszenie właściwie wysłane zostało bez wiary, że przyjdzie jakakolwiek odpowiedź (państwo Bednarscy po wyjeździe do Końskich nie utrzymywali kontaktów ze szkołą). I raptem na początku uroczystości ktoś z pracowników szkoły przedstawił mi starszego pana (miał wówczas 82 lata), który strzelając obcasami podał mi rękę mówiąc: „dostałem od was zaproszenie to przyjechałem”. I tak właściwie, to jak pamiętam posypał się trochę scenariusz uroczystości, ponieważ nagle trzeba było wpleść pana Stanisława w jej przebieg. Podczas jednego z wystąpień pan kierownik mówił o początkach szkoły, o tym jak było ciężko i raptem wyjął z torby zwiniętą kartkę papieru, która okazała się starą mapą Polski. Wręczając mi ją powiedział, że to pierwsza pomoc naukowa w naszej szkole i on ją szkole teraz przekazuje. Byłem wtedy bardzo wzruszony. Może nawet tak bardzo, jak kilka miesięcy wcześniej, kiedy ówczesny proboszcz, ks. Jerzy Lier poprosił, abym przyjął od niego krzyż, który został zawieszony w szkole w 1980 roku, a zdjęty w 1982. Obie te pamiątki są do dziś w moim gabinecie. Patrząc na nie wspominam, jak wiele te dwa momenty znaczyły dla mnie i mojej pozycji w pierwszym okresie mojej pracy we Wrześciu.

Nie mam złudzeń, że szkoła, a szczególnie szkoła wiejska jest czymś więcej niż tylko instytucją oświatową. Wszystko, co w szkole się dzieje ma wpływ na całą społeczność. Tę prawdę od samego początku wykorzystywali państwo Bednarscy. Od początku szkoła była miejscem spotkań i zebrań. Tu odbywały się też pierwsze potańcówki. Dla całej społeczności szkolnej przygotowywano z uczniami „poranki i akademie państwowe”. W pierwszych latach (później z wiadomych względów było to niemożliwe) to szkoła organizowała dzieci do pierwszej komunii, a wystawiane jasełka traktowano wręcz jako sposób na pozyskiwanie pieniędzy. Pierwsze organizacje, które można było nazwać środowiskowymi z uwagi na fakt, że należeli do nich zarówno uczniowie, jak i dorośli to bardzo prężnie działające koło Polskiego Czerwonego Krzyża oraz Koło Przyjaciół Żołnierza Polskiego. Kolejną z organizacji, założonych w szkole był Związek Harcerstwa Polskiego. Pomimo, że ogniwa szkolne założono w 1949 roku (początek najgorszych lat stalinizmu w kraju) to troską Stanisława Bednarskiego było dochowanie wierności ideałom tej organizacji jeszcze z czasów przedwojennych. Równie duże znaczenie miała działalność Szkolnego Koła „Odbudujemy Warszawę”, którego opiekunem był Stanisław Bednarski, a członkami Zarządu Zofia Stępień i Teresa Wiśniewska.

Z podziwem patrzę na zapisy w dawnej kronice szkoły ile, pomimo tych siermiężnych lat, udawało się zorganizować uroczystości i imprez. Rzeczą drugorzędną jest moim zdaniem, że uroczystości 3-cio majowe i inne obchodzone przed wojną zostały zastąpione przez nowe gloryfikujące rewolucję październikową, bitwę stalingradzką, czy nawet takie postaci jak gen. Świerczewski czy Józef Stalin. Cóż, można było tego nie robić, ale szybko przestawało się w takim przypadku być nauczycielem. Dobrze, jeśli pozostawało się wolnym człowiekiem. Ważne w tym wszystkim było, ze szkoła stawała się coraz bardziej miejscem życia towarzyskiego i rozwoju kulturalnego. To tutaj przychodziło się słuchać radia, czy przeczytać gazetę. To tutaj rozmawiano o rozwoju nie tylko szkoły, ale też całej wsi. Z okruchów wspomnień dawnych mieszkańców taką jawi się placówka prowadzona przez państwo Bednarskich i kolejnych nauczycieli (ciekawostką może być fakt, iż trzeci nauczyciel, Stefan Kuśmierczyk także jak państwo Bednarscy pochodził z Końskich. Chyba to nie był przypadek).

Ze zdumieniem rozmyślam, jak dwoje ludzi było w stanie ogarnąć tak ogromną liczbę zadań. Nie wiem czy byłbym w stanie sprostać im ja, nauczyciel z 30-letnim stażem pedagogicznym i 24-letnim dyrektorskim. Co mówić o dzisiejszej „młodzieży nauczycielskiej”, która nieraz odmawia przyjęcia nowych obowiązków z powodów, które do głowy by nie przyszły „starszym nauczycielom”. Wspominam czasy, kiedy uczyłem pięciu, sześciu różnych przedmiotów mając za sobą tylko zdaną maturę. I nie mam pewności czy jakość naszej ówczesnej pracy odbiegała od pracy dzisiejszych nauczycieli, wyspecjalizowanych w swoich dziedzinach. A co tu mówić o dwojgu nauczycielach, uczących ponad setkę dzieci na kilku poziomach, prowadzących szkołę i zajmujących się działalnością pozalekcyjną. Na marginesie, w kronice znalazłem zapis, że prowadzenie „prowadzenie kół zainteresowań jest utrudnione z uwagi na to, że lekcje kończą się o godzinie dwudziestej”. A i tak na przeglądzie artystycznym w roku 1951 uczniowie naszej szkoły w „tańcach, śpiewach i recytacji” zajęli drugie miejsce. Zespół artystyczny prowadzony przez panią Stefanię dawał wiele koncertów, dzięki czemu pozyskiwano środki na jego działalność.

Wraz z pojawieniem się nowych nauczycieli pojawiły się też i nowe propozycje działalności. Zaczęto coraz częściej organizować wycieczki, na organizację których zbierano fundusze przez cały rok. W roku 1954 po raz pierwszy z inicjatywy pani Aleksandry Pietrzak (później Jakubczyk) ponad trzydziestka dzieci wyjechała do Warszawy. Pani Ola wspomina: „Przyjechaliśmy z Wrześcia do Słupska. Czekaliśmy w poczekalni starego dworca kolejowego na pociąg do Warszawy. Niektóre dzieci nigdy nie jechały pociągiem. Kiedy na dworzec wjechała sama lokomotywa jeden z chłopców, Stasiek zerwał się z krzesła i przerażony krzyczał: Oj, pociąg!. Kiedy wsiedliśmy do wagonu dzieci biegały jak oszalałe, niektóre próbowały siedzenia i leżenia nawet na półkach bagażowych. Razem z p. Bednarskim martwiliśmy się co będzie w Warszawie. (…) w Warszawie byliśmy trzy dni. Dzieci każdego dnia rano poznawały program na cały dzień. Jednego dnia wczesnym wieczorem poszliśmy do teatru – siedzieliśmy na balkonie. Niektóre dzieci, te bardziej zmęczone zasypiały. W pewnej chwili zauważyłam jak Stasiek, który też zasnął przechodzi przez balkon. Widzowie z dołu to zauważyli i spadającego chwycili. (…) tego dnia przeżyliśmy jeszcze jeden kłopot. Zgubił się Gienek Surmacz. Brak Gienka zauważył jego brat Tadek. Dzięki temu, że znał plan zwiedzania znaleźliśmy go przed Muzeum Wojska Polskiego …”.

W kolejnych latach nadal prężnie działały koła i organizacje szkolne. Szkoła organizowała coraz więcej uroczystości. Ze szkołą blisko współpracowała Liga Kobiet, m.in. Maria Szewczyk i Halina Karasek. Prężnie działał komitet rodzicielski pod przewodnictwem Genowefy Pieruń (jak obejmowałem szkołę w 1992 roku przewodniczącym był Jerzy Pieruń – syn).

W latach 60-tych pojawili się nowi nauczyciele. Dzięki temu działalność szkoły nabrała rozmachu. Za sprawą nauczyciela Tadeusza Januszewskiego uczniowie odnosili swoje pierwsze sukcesy sportowe. Brali udział w meczach piłki nożnej i piłki ręcznej. W 1960 roku reprezentacja zajęła IV miejsce w powiecie w akrobatyce. W skład drużyny wchodzili: Janusz Płoszaj, Jerzy Pieruń, Anna Lanz i Halina Szewczyk. Jerzy Pieruń był nawet czwarty w klasyfikacji indywidualnej.

Nowe kierownictwo szkoły (w 1960 roku kierownikiem został Władysław Dymek), jeszcze większy nacisk kładło na wszechstronny rozwój uczniów poprzez udział w organizacjach i kołach zainteresowań. Organizowano coraz więcej wycieczek. Tylko w 1962 roku uczniowie zwiedzili Malbork, Gdańsk, Gdynię. Coraz ważniejszą rolę w rozwoju uczniów odgrywało harcerstwo. Drużyna im. Obrońców Westerplatte, której drużynowym był hm PL Władysław Dymek była organizatorem wielu akcji środowiskowych. Do dzisiaj dawni harcerze i nie tylko wspominają biwaki na terenie szkoły i słynnym „dołku”. Jak tylko robiło się dostatecznie ciepło rozbijano duże, wojskowe namioty, w których spali uczniowie. Zajęcia terenowe, szkolenia, kuchnia polowa, wieczornice dopełniały zajęcia lekcyjne, które odbywały się w normalnym trybie. Większość uczniów brała udział w Nieobozowej Akcji Letniej (kto to jeszcze pamięta), która również była przez harcerzy organizowana podczas wakacji. Latem starsi harcerze brali udział w obozach i zlotach ogólnopolskich. Przygotowanie podczas zajęć we Wrześciu powodowało, że radzili sobie na nich świetnie.

Warto w tym miejscu wspomnieć, jak wielką rolę odgrywali w tamtych czasach i współcześnie rodzice. I ci wybierani do Komitetu Rodzicielskiego, i ci w radach klasowych starali się wspomagać działalność pozalekcyjną szkoły. I to nie tylko poprzez wydawanie pieniędzy zebranych w formie składek. Taką rolę odgrywali np. członkowie KR z 1962 r.: T. Dużyńska, I. Sprengel, W. Dobrowolska, T. Litwin, A. Lont, Wł. Pieruń.

Z uwagi na imię drużyny harcerze bardzo często wyjeżdżali na wycieczki do Trójmiasta, by między innymi odwiedzić Westerplatte. Upamiętnianiu patrona służyły także wieczornice, na które zapraszani byli żołnierze.

W archiwum szkoły znajduje się m.in. kronika szkolnego koła Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Działalność koła zainicjowano podczas spotkania z uczniami 18 października 1968 roku odbytego przez „Karola Szuflitę i prezes ZNP p. Barbarę Konon”. Z pierwszego zapisu w kronice dowiadujemy się, że odwiedzający szkołę „opowiedzieli uczniom o wrażeniach z pobytu w ZSRR. Dużo dowiedzieliśmy się o życiu naszych sąsiadów. Również dowiedzieliśmy się o radzieckich szkołach. Od delegacji polskiej otrzymaliśmy adres drużyny pionierskiej. Radzieccy przyjaciele ofiarowali nam książki, widokówki i kawałek rudy magnetytu”. W ten sposób nawiązano współpracę z drużyną pionierów w Piszczynie na Ukrainie. Przez kilka lat trwała ożywiona korespondencja pomiędzy uczniami szkoły i ukraińskimi pionierami. Szkolne koło TPPR zorganizowała i prowadziła w pierwszych latach (1968-1972) pani Lilla Mołotownik, która uczyła języka rosyjskiego. Działalność tę kontynuowała w późniejszych latach Elżbieta Trojanowicz ucząca oprócz języka rosyjskiego, geografii i języka polskiego.

O działalności koła TPPR wspominam nie po to, by pokazać pracę ówczesnej szkoły w negatywnym świetle. Nic bardziej błędnego. Bardzo dobrze pamiętam działalność podobnego koła w „mojej” macierzystej Szkole nr 1 w Ustce. Pewnie, że były tam wiersze o Leninie i rewolucji październikowej, ale jakoś nie to najbardziej pamiętam. Naprawdę czekaliśmy na listy i pamiątki od naszych przyjaciół. Naprawdę czułem się wyróżniony, kiedy dostałem adres jednego z uczniów szkoły w ZSRR, z którym przez kilka lat prowadziłem korespondencję. Jakoś ani mi, ani mojemu przyjacielowi do głowy nie przyszło pisać do siebie o tym, jak wielki był Lenin i jak wspaniały jest komunizm. Zarówno to doświadczenie, jak i późniejsze z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy miałem okazję i szczęście poznać grupę wspaniałych Rosjan z Moskwy przekonuje mnie, jak stereotypy i etykiety szkodzą poznawaniu prawdy o ludziach, narodach.

Na koniec wspomnień o działalności pozalekcyjnej szkoły w dawnych latach nie mogę nie wspomnieć o czymś, z czego szkoła we Wrześciu słynęła. Myślę, że wielu uczniów szkoły nie darowałoby mi gdybym to pominął.

Każdego lata, podczas wakacji drogi naszego kraju zjeżdżane były przez uczestników rowerowych obozów wędrownych. Inicjatorem, organizatorem i kierownikiem tych obozów był do końca lat osiemdziesiątych dyrektor Dymek. Popularność tej formy wypoczynku była wśród uczniów ogromna. Przez dwa letnie tygodnie kilkanaścioro rowerzystów pokonując codziennie kilkadziesiąt kilometrów poznawało uroki różnych regionów naszego kraju. Atmosfera podczas tych obozów, konieczność pomagania sobie, zależność od siebie była nie do powtórzenia. Piszę to, ponieważ miałem możliwość jako wychowawca współorganizować dwa z tych obozów. Choć osobiście byłem zwolennikiem obozów pieszych (poprowadziłem ich w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kilkanaście) to te rowerowe także we mnie pozostawiły wspaniałe wspomnienia. I znów niech mi będzie można powspominać tamtą wspaniałą młodzież, która poruszała się rowerami bez przerzutek, bajerów i dzisiejszych wynalazków. Myślę, że na sprzęt, który wtedy mieliśmy do dyspozycji nikt nie zdecydowałby się dzisiaj wsiąść. Pewnie (to też znak czasu) uczestnicy tamtych obozów, dzisiaj nie pozwoliliby na udział w nich swoich pociech. Do dziś wspomina się klejenie przebitych dętek i opon, kiedy cała grupa czekała w rowie przy drodze. Jak wspaniałe były wspólnie robione śniadania i kolacje z nieodłącznym pasztetem. Czy ktoś jeszcze pamięta, że oprócz plecaków przytwierdzonych do rowerów trzeba było wozić ze sobą jedzenie praktycznie na dwa tygodnie. Ale chyba i tak każdy najbardziej pamięta wieczory i noce w schroniskach. Nocne podchody do pokoju dziewcząt i rozmowy do rana. Pomimo wielu niewygód, nieraz jeździe w deszczu i chłodzie były to niezapomniane chwile. Szkoda, że dzisiaj niemal umarła już tradycja tych obozów. Brak chętnych do organizacji takiego wypoczynku i do uczestnictwa w nich. Niestety system ich finansowania (organy prowadzące szkoły, Polskie Towarzystwo Schronisk Młodzieżowych) też odszedł już do przeszłości. I pytanie najważniejsze: czy znaleźliby się chętni by pojechać trasami przemierzanymi przez ich rodziców?

 

Historia SP we Wrześciu. Lata (przynajmniej dla mnie) najnowsze.

W nagłówku czwartej części opisywanej historii 70 lat istnienia Szkoły Podstawowej we Wrześciu dopisałem, że są to lata najnowsze. Oczywiście 24 lata temu to dla większości moich obecnych, ale i dawnych uczniów lata zamierzchłe. Dla mnie jednak i niech tak już pozostanie jest to współczesność.

Chcę pisać o ostatnich 24 latach, bowiem właśnie od 1992 roku jestem z opisywaną placówką związany jako jej nauczyciel i dyrektor. I teraz właśnie naszła mnie refleksja. Jak zastanowić się, ile przez te lata razem przeszliśmy, ile roczników witałem i żegnałem, jak szkoła, budynek, uczniowie, nauczyciele zmieniali się, to chyba też jestem coraz bliższy poglądowi, że 24 lata temu to był „inny świat”…

Wystarczy wspomnieć, że w 1992 roku w szkole znajdował się jeden z trzech telefonów w miejscowości. Był jeden telewizor, dwa radia, rzutnik pisma, projektor filmowy i…. żadnego komputera, kopiarki. Acha i była walizkowa maszyna do pisania. Ładna, ale bardzo niepraktyczna. Wiele można by wymieniać rzeczy, których nie było, a bez których dzisiejsi uczniowie i często nauczyciele nie widzą możliwości pracy. A jednak się pracowało i  to nie najgorzej. Ale wróćmy do początku.

W marcu 1992 roku Kurator Oświaty w Słupsku ogłosił po raz pierwszy na taką skalę (wcześniej dyrektorzy pochodzili z mianowania) konkursy na dyrektorów podległych mu szkół. Stało się to w okresie, gdy zamykałem pewien etap w swojej karierze pedagogicznej i  życiu. Poszukiwałem nowych wyzwań. Przystąpienie do konkursu miało stać się takim wyzwaniem. Dzisiaj należałoby chyba powiedzieć, że potrzebowałem zmiany.

Jednym z wymagań konkursu było stworzenie koncepcji pracy na stanowisku dyrektora szkoły. Wyjść należało oczywiście od stanu placówki. Szkołę we Wrześciu znałem powierzchownie, od zewnątrz szefując gminnym organizacjom związkowym, sportowym i turystycznym. Już tylko to spojrzenie pokazało, że istniejąca prawie 50 lat placówka pozbawiona jest dorobku rozumianego jako tradycja szkoły. Zaproponowałem więc między innymi:

  1. nadanie imienia Szkole,
  2. nadanie sztandaru,
  3. budowanie ceremoniału i tożsamości Szkoły.

Wynik konkursu był dla mnie pomyślny mimo, że stawałem w szranki z faworytem społeczności szkolnej i lokalnej. Z tego powodu, jak można się domyślać początek nie był łatwy. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że młody wiek (miałem wtedy 28 lat) i pewne cechy charakteru odziedziczone po rodzicach nie pozwalały mi się poddać w dążeniu do realizacji celów.

Oprócz wielu spraw bieżących, które spadły na mnie w pierwszych dniach, tygodniach i miesiącach zaproponowałem społeczności szkolnej ustanowienie konkretnej daty Święta Szkoły. Przedstawiając projekt uchwały radzie pedagogicznej, zwracałem uwagę na to, że oprócz niewątpliwych aspektów wychowawczych jest to szansa dla wszystkich na sprawdzenie się w działaniu oraz możliwość wzajemnego pojednania się. Pojawił się wówczas problem, kiedy to szkolne święto powinniśmy obchodzić. W 1984 roku np. obchodzone było 20 lecie szkoły. Świętowano wtedy 20 lat nowego budynku. Szkoła istniała przecież jednak od 1945 roku. I tu natrafiłem na starą księgę, która okazała się pierwszą kroniką szkoły. Tam znalazłem fragment pisany ręką Stanisława Bednarskiego podający datę 19 grudnia jako pierwszy dzień zajęć w polskiej szkole po II wojnie światowej we Wrześciu.

Przyjęta uchwałą rady pedagogicznej data dała początek procesu budowania tradycji i ceremoniału. Co mnie bardzo ucieszyło, propozycja zorganizowania pierwszej uroczystości rozbudziła u większości nauczycieli chęć działania. Padło wiele propozycji, które po wstępnej selekcji stworzyły scenariusz obchodów Święta Szkoły.

Ku mojej radości propozycja obchodów spotkała się z ciepłym przyjęciem środowiska, między innymi Koła Gospodyń Wiejskich, którego siedziba znajdowała się w budynku szkoły. Do przygotowań równie chętnie przyłączył się Komitet Rodzicielski i sołtysi poszczególnych miejscowości. Z ogromnym wzruszeniem zebrani na uroczystości powitali przybyłego z Końskich pana Stanisława Bednarskiego. Z tego między innymi względu uczestnicy imprezy do późnych godzin wieczornych nie mogli zdecydować się na rozstanie. Był to dla mnie też wyraźny znak, że jestem w stanie realizować swoje zamierzenia otrzymując wsparcie również tych, którzy niedawno jeszcze nie akceptowali wyników konkursu na dyrektora.

Podobna atmosfera towarzyszyła kolejnym wielkim przedsięwzięciom, które stanęły przed nami na drodze budowania tradycji szkoły.

W 1995 roku odbyła się ogromnie ważna dla nas uroczystość. Była to 50-ta rocznica powstania naszej szkoły. Przygotowywaliśmy się do niej od początku roku. Niejako przy okazji w tempie przyspieszonym postanowiliśmy połączyć tę uroczystość z nadaniem imienia szkole. Terminy były bardzo napięte, ale determinacja członków Komitetu Organizacyjnego pokazała, że jest to możliwe. W pokonywaniu trudności, głównie tych proceduralnych (bardzo krótki czas przygotowań) ogromną zasługę wniosło środowisko kombatanckie skupione wokół Inspektoratu Słupskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Dla tych starszych wiekiem, ale młodych duchem ludzi, którym przewodził (i przewodzi do dzisiaj) Jan Soduła nie było rzeczy niemożliwych. Tym bardziej, że szkoła miała nosić imię wielkiego Polaka i patrioty, pierwszego Komendanta Głównego Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii Krajowej Generała „Grota” Roweckiego.

Zarówno przygotowania, jak i sama uroczystość przebiegały w sposób planowy i  rytmiczny. Nie udało się oczywiście przewidzieć wszystkiego. Dla naszych gości było jasne, że jest to wyjątkowe wydarzenie. Co ważne przy tej okazji nawiązaliśmy kontakt z  córką Patrona panią Ireną Mielczarską-Rowecką, kustoszką pamięci Ojca. Ogromnie owocna była też nawiązana wówczas współpraca z Fundacją Teresy i Zdzisława Knoblów.

Szczególną pomoc otrzymaliśmy też od słupskiego środowiska numizmatyków. Od tamtego roku, czyli już ponad 20 lat ciągnie się przyjacielska współpraca z grupą zapaleńców, która pod wodza wieloletniego prezesa Oddziału Słupskiego Towarzystwa Numizmatycznego Zdzisława Dróbki wzbogaca wszystkie nasze patriotyczne poczynania na terenie szkoły i gminy.

Równie udaną uroczystość przeżyliśmy po roku. W 1996 roku Święto Szkoły wzbogacone zostało o bardzo ważny element ceremoniału szkolnego – nadanie Sztandaru Szkole. Fundatorem Sztandaru była wspomniana już Fundacja Teresy i Zdzisława Knoblów. Przy okazji przygotowań do tej uroczystości przeżyłem chwile wielkiego wzruszenia. Dane mi było podczas pobytu w Warszawie osobiście poznać córkę Generała Roweckiego i jej męża. Odbierając Sztandar z rąk fundatorów nawiązałem też ciepłe stosunki z państwem Knobel. Jednak spotkanie z panią Ireną Mielczarską-Rowecką było dla mnie szczególnie ważne i owocne. Otrzymałem sporo pamiątek po Generale, które do dziś są eksponowane na naszych wystawach okolicznościowych. Spotkałem jednak przede wszystkim ludzi, którzy do końca swojego życia traktowali nas jak swoje dzieci. Ten stosunek do nas przebija przez treść wszystkich listów, które przez lata do nas adresowali i do dzisiaj przechowywane są w szkole jak najważniejsze pamiątki.

Kolejne lata upływały nam na utrwalaniu pamięci o Dowódcy i jego żołnierzach. Organizowaliśmy spotkania z kombatantami, imprezy zarówno dla naszej, jak i gminnej młodzieży. Coraz bardziej przylegała do nas etykietka szkoły patriotycznej. Bardzo ważnym elementem tych działań był ceremoniał związany ze Sztandarem. Zaczął on (Sztandar) pojawiać się na różnych uroczystościach. Byliśmy i jesteśmy zapraszani na wiele wydarzeń związanych z historią Polski. Przez lata utrzymywaliśmy ścisły związek z Kołem usteckim ŚZŻAK kierowanym do śmierci przez Pawła Panasiuka. Poczet Sztandarowy uczestniczył w  wielu uroczystościach np. z okazji świąt państwowych i narodowych właśnie w Ustce. Przy tej okazji warto nadmienić, że w skład pierwszego Pocztu Sztandarowego wchodzili: Julita Jabłko, Zofia Tocha i Krzysztof Kozłowicz.

Wracając jeszcze do uroczystości z grudnia 1996 roku warto wspomnieć generała Bolesława Nieczuję-Ostrowskiego. Postać ogromnie ważna i barwna, AK-owski pułkownik walczący w czasie II wojny światowej w lasach kieleckich, a po wojnie osiadły wraz z wieloma swoimi żołnierzami w Elblągu. Na marginesie chyba prawidłowością był wyjazd po II wojnie światowej w konkretne miejsce ziem odzyskanych całych środowisk AK-owskich. Liczba osób pochodzących z Końskich, które na stałe bądź tylko na jakich czas przybyły do Słupska i jego okolic może być tego przykładem.

Wracając do postaci generała Nieczui-Ostrowskiego do dzisiaj słyszę opowiadane silnym głosem historie partyzanckie o cierpieniu, wyrzeczeniach, strachu i śmierci codziennie im towarzyszącym. Do dziś wzdrygam się na samą myśl, że słucham człowieka, który ma za sobą kilka lat w komunistycznym więzieniu z trzema wyrokami śmierci na karku.

Kolejnym bardzo ważnym dla nas wydarzeniem był Rok Obchodów Grota Roweckiego ustanowiony zarówno przez Sejm RP, jak i organizacje kombatanckie w latach 1943 (data uwięzienia Generała) - 1944 (data zamordowania w Sachsenhausen). My na terenie gminy i powiatu słupskiego byliśmy inicjatorami oraz głównymi odpowiedzialnymi za realizację szeregu uroczystości i imprez związanych z Patronem i środowiskiem AK-owskim. Zorganizowaliśmy m.in. zawody strzeleckie i judo, konferencję naukową i wystawy okolicznościowe, konkursy wiedzy i plastyczny. Inauguracja roku obchodów miała miejsce w kościele w Głobinie. Msza za ojczyznę poprowadzona przez księdza Władysława Jankowskiego (kapelana środowiska AK) miała wiele pięknych akcentów patriotycznych. Ostatnim punktem obchodów było odsłonięcie Obelisku przy szkole we Wrześciu z piękną płytą autorstwa znanego koszalińskiego rzeźbiarza dra Zdzisława Wujka, na której widnieje napis „Dowódcy i jego żołnierzom”.

Od tego czasu gmina Słupsk wzbogaciła się o miejsce, gdzie w godny sposób obchodzone są uroczystości państwowe. Za aprobatą ówczesnego Wójta gminy Słupsk Mariusza Chmiela i dzięki ogromnemu wsparciu ówczesnej skarbnik a dzisiaj pani Wójt Barbary Dykier uroczystości z okazji Świąt majowych i Święta Niepodległości są pięknym elementem jednoczącym młodzież i dorosłych mieszkańców naszej gminy.

W tym roku obchodzimy 70-ty rok naszego istnienia. Niemal co miesiąc odbywają się większe bądź mniejsze uroczystości i imprezy. Od zawodów sportowych w unihokeju i piłkarzykach poprzez wystawy okolicznościowe, akademię czy wspaniałą wieczornicę wspomnieniową, którą przygotowali wspólnie uczniowie i rodzice wraz z wychowawcami. Atmosfera szczególnie tej ostatniej imprezy pozwala mi sądzić, że po 70 latach udało się stworzyć miejsce, w którym można dobrze się czuć. Był też oczywiście tort urodzinowy ufundowany przez naszych absolwentów, państwo Mariolę i Dariusza Bieleckich. Pycha.

Cieszy nas fakt, że nasza praca jest widoczna. Dlatego z dumą prezentujemy na Sztandarze Szkoły odznaczenie Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej przyznane przez Ministra ds. Kombatantów w 2007 roku. Tak samo traktuję przyznane osobiście mi odznaczenia: „Pro Memoria” , „XXV lat Okręgu Pomorskiego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej” oraz okolicznościowej odznaki „Plan Burza”.

Szkoła ostatnich lat to nie tylko patriotyzm, choć o tym w tej części najwięcej. Szczególnie ostatnie lata istnienia szkoły to liczne sukcesy sportowe, ale również związane z nauką. Dzięki istniejącej od 1995 roku sekcji judo poszczycić się możemy między innymi tytułami mistrzów Polski w tej dyscyplinie. Do najlepszych zawodników w  dwudziestopięcioletniej historii sekcji, ćwiczących obecnie pod okiem Tomasza Kołodziejskiego, zaliczyć można Aleksandrę Koper, Beatę Borowicz, Agatę Słupską, braci Sikorów i Okrojów, siostry Rugała i rodzeństwo Winiarczyków. Trenerami naszych judoków byli m.in. Wiesław Hałaburda, Cezary Staciwa, Jacek Słupski, Jan Pesta.

Prawie od początku istnienia sekcji organizujemy ogólnopolski turniej judo, który rokrocznie odbywa się w maju.

Również w innych dyscyplinach osiągamy ogromne jak na nasze możliwości (jesteśmy najmniejszą szkołą w gminie) sukcesy. Już w 1994 roku uczeń naszej szkoły Jacek Nowosielski zdobył tytuł mistrza Polski w biegach przełajowych. Ogromny wzrost osiągnięć sportowych związanych jest z rozpoczęciem pracy w szkole przez pana Zdzisława Snopka, nauczyciela z wieloletnim doświadczeniem. Dzięki jemu i jego podopiecznym szkoła poszczycić się może wieloma tytułami mistrzów gminy, powiatu a nawet województwa. Tytuły te uzyskujemy w takich dyscyplinach jak unihokej, lekka atletyka, piłka koszykowa (to u nas rozpoczynał swoją przygodę z tą dyscypliną kadrowicz Czarnych Słupsk Bartosz Sprengel), piłka siatkowa, tenis stołowy. Do najlepszych sportowców w ostatnich latach należeli: Dawid Sawka, Dawid Majewski, Adam Kozub, Oskar Zając, Sebastian Pilecki, Jakub Nadwodny, Mateusz Bielecki, Paulina Pertkiewicz, Malwina Stępień, Klaudia Polechońska, Oliwia Myszk, Magda Matczak, Weronika Koperska, Alicja Krajewska, Natalia Gierczak, Julia Broll, Maria Bielecka, Martyna Brandt.

Prym wiodły jednak rodzeństwa: Mateusz i Ewelina Ciok, Marek, Adrian i Paulina Grzelczykowie, Kinga i Daniel Białowąs, Bartosz i Sandra Sprengel. Największy wkład miała zdecydowanie rodzina Winiarczyków - od Mateusza, Adriana, Nikoli, Maćka do Kamila.

Nie zapominamy też o podstawowej naszej działalności jaką jest nauczanie i wychowanie. Z tą drugą dziedziną bardzo mocno związane jest kultywowanie patriotyzmu i dbanie o zdrowie również poprzez sport.

Rokrocznie szczycimy się osiągnięciami naszych uczniów w konkursach przedmiotowych na szczeblu gminy, powiatu i województwa (w 2008 roku dwóch naszych uczniów, Marek Derezulko i Krzysztof Kamiński było finalistami etapu wojewódzkiego konkursów kuratoryjnych). Podobnie w konkursach plastycznych i piosenki rokrocznie nasi uczniowie poszczycić się mogą wieloma sukcesami.

Organizujemy sami konkursy wiedzy, sportowe i artystyczne. Uczestnicy tych konkursów zawsze wyjeżdżają od nas zadowoleni.

Staramy się również istnieć w środowisku poprzez inicjowanie i organizację różnych imprez dla wszystkich mieszkańców. Sztandarową imprezą od lat jest Święto Pieczonego Ziemniaka, organizowane na przełomie września i października.

W 2010 roku reaktywowaliśmy po wielu latach działalność Punktu Przedszkolnego w naszej miejscowości. Po początkowych kłopotach związanych np. z niechęcią niektórych rodziców do oddawania swoich pociech pod opiekę placówki dzisiaj w większości rodzice nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez przedszkola. Od tego czasu datuje się też zniesienie w szkole dzwonków. Mimo ich braku właściwie nie odnotowujemy spóźnień na zajęcia.

Ogromnie cieszę się z zorganizowania w tym roku szkolnym i funkcjonowania pierwszego na terenie powiatu słupskiego szkolnego gabinetu integracji sensorycznej. Duży ukłon należy się obecnej pani Wójt, która rozumiejąc potrzeby dzieci przekazała środki na wyposażenie i pracę gabinetu przeznaczonego dla dzieci z całej naszej gminy.

Na koniec krótka wizytówka dnia dzisiejszego Szkoły Podstawowej we Wrześciu:

Dziś, oprócz opisanych elementów Szkołę we Wrześciu charakteryzuje to, że jest placówką przyjazną uczniowi, bezpieczną, odpowiadającą na zapotrzebowania środowiska. Uczniowie korzystają z szerokiej oferty edukacyjnej, zajęć pozalekcyjnych. Uczestniczą w bezpłatnej nauce pływania. Chętni uczęszczają na lekcje kaszubskiego, korzystają też z bezpłatnych obiadów. Opiekuje się nimi świetnie wykształcona kadra nauczycieli, wychowawców i terapeutów.

Od lat przy okazji kontroli, wizytacji, ewaluacji otrzymujemy najwyższe noty. Nasi szóstoklasiści również kończą szkołę z wysokimi notami, m.in. ze sprawdzianu szóstoklasistów (kilkakrotnie zajmowaliśmy pierwsze miejsce w gminie).

70 lat to dużo w historii nawet małej wiejskiej placówki. Nie sposób opisać wieloletniej działalności szkoły, losów jej nauczycieli, uczniów czy pracowników nawet w kilkunastu artykułach. Dlatego to, co zaprezentowane zostało w tych czterech częściach jest tylko próbą skrótowego podsumowania jej działalności. Na pewno więcej, dużo więcej znajdzie się w przygotowywanej do druku książce o Szkole Podstawowej we Wrześciu na tle historii tej miejscowości. Zapraszamy też do odwiedzenia naszej placówki osobiście lub poprzez stronę internetową: www.spwrzescie.kylos.pl.